26.11.2007
Zacznę dramatycznie.
Ostatnio przeżywam kryzys wiary w ludzi.
Koniec dramatyzmu.

Paręnaście dni temu odczułam gwałtowną potrzebę nabycia piżamy oraz spodni. Ludzka rzecz, w najlepszej rodzinie się zdarza. Przedsiębierzemy krótką wycieczkę do sklepu, kupujemy, wracamy. Proste.
Okazuje się jednak, że krótka wycieczka może zamienić się w Wielką Przyprawę, jakby to ujął Kubuś P., zamiast kupować - przymierzamy, a wracamy do bazy... podenerwowani. Dyplomatycznie rzecz ujmując.
Nie, nie będzie Sagi o Nabywaniu. Co bardziej mnie podtentegowało (ach, słowa-wytrychy :P), to zalew brzydoty, tandety, kiczu, wizualnej taniości i kolorków (na "kolorów" toto nie zasługuje) rodem z tancbudy tudzież odpustbudy. Świetna rzecz. Nie masz to jak założyć gatki z cekinami, wyszyciami, przeszyciami i przyszyciami; żeby przypadkiem nie było za mało, dodajmy parę przetarć, otarć i wytarć, a tak dla stuprocentowej pewności dokładamy pasek półmetrowej szerokości, przyklejając go na amen, żebyś w przypływie szaleństwa nie zechciała pozbyć się ozdóbki.
Wieczorem można się przebrać w różowiutki, ewentualnie błękitny, chałacik dwumilimetrowej grubości, odbijający światło wszystkimi błyszczącymi guziczkami. W razie czego można nadawać sygnały sąsiadowi alfabetem Morse'a. Ślicznie i ekonomicznie.
Rano wstajemy, ubieramy się w nabyte dzień wcześniej spodnie, dorzucamy krótkie futerko (wariant zimowy) albo, czemu by nie, cieniutką, wściekle pomarańczową koszulkę z wściekle zieloną aplikacją (też zimowy, a co - w końcu jest trędi!). Wyłączamy indywidualizm, logiczne myślenie, krytycyzm; jeszcze przeszkodzą w relacjach ze "słit frjendsami". Lepiej uzbroić się w myśli tandetne, kiczowate, różowe. Mniej z nimi problemów.

Może i banały prawię, ale wrr! Szlag mnie trafia, jak machina przemysłu odzieżowego próbuje mnie zmusić do kupowania rzeczy, od których mnie odrzuca. A ma taka machina prostą, a niezwykle skuteczną metodę - nie wprowadza rzeczy, hm... innych? No po prostu - monizm :P A potem idzie grupka dziewczątek, jednej od drugiej nie odróżnisz, ale jako żeś człek tolerancyjny i bez uprzedzeń - nie komentujesz i czekasz na potok mądrości i błyskotliwości, na formalne tylko udowodnienie, że reprezentują sobą coś więcej niż znajomość najnowszych śląskich trendów.
I, cholera, w 95% przypadków czeka cię zawód.
I tym optymistycznym akcentem - do widzenia Państwu, kłaniam się w pas. Komentarze (10)

29.07.2007
A zatem, proszę Państwa Szanownego, kursy muzyczne już za mną. Jako że czytelnicy są zorientowani, cóż to za impreza, oszczędzę im (sobie również) żmudnego tłumaczenia co, jak i dlaczego. :P
Chociaż zaraz, moment, "jak" jednak będzie.
Było wspaniale, dzięki niech będą Kajusowi (reklama zawsze i wszędzie :P) za cynk, moja technika się poprawiła, może nie znacząco, ale jednak; profesor okazał się wspaniałym człowiekiem, chętnie dzielącym się tajemnymi arkanami wiedzy altówkowej. Okazuje się, mili Państwo, że można ćwiczyć w jakiś konkretny, usystematyzowany sposób, a nie na czuja. Poprzedni nauczyciele przedziwnym trafem zapomnieli o tym wspomnieć. Ech...
Ponadto się dowiedziałam (ostrzegam, będzie szpan), że nawet jeśli nie będę uczyć się w SM II stopnia, to powinnam zapisać się na prywatne lekcje np. na Akademię i pod żadnym pozorem nie przestawać grać. ^^
A teraz piszę ten oto wytwór, do usz mych sączy się muzyka irlandzka (pozdrowienia dla Pana J. ;)) i się zbieram do uprzątnięcia zagraconego pokoju (jak to jest, że się zbieranie jest najbardziej czasochłonną czynnością? Czekam na sugestie i pomysły.), a potem... Potem, cóż, wyprawa do kina na Harry'ego. A co. :) Komentarze (4)

27.06.2007
Notka miała być już dawno, ale mi się wcięła, a jako że Zuz zaiste stworem leniwym jest - splunęła siarczyście i się wypięła na Ownloga. Z powodu przypływu dobrego humoru Ownlog został przywrócony do łask, ba! Nastąpi nawet owa wcięta notka.

So, my dear, once upon a time mieliśmy mieć koncert piosenek Edith Piaf. Koncert się odbył, ale nie to jest ważne. Skupimy się teraz pewnym... epizodzie, który odbycie się koncertu poprzedził. Otóż, wśród licznych piosenek wykonywane miało być "La Vie En Rose", śpiewane przez kolegę R., akompaniowane przeze mnie. W celu dopracowania (nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli powiem, że organizacja kulała i wsjo było na ostatną chwilę?) urządziliśmy próbę w szkole, podczas długiej przerwy, w klasie numer - nomen omen! - 13. Kolega R. z niewiadomych powodów uparł się, że zamknie drzwi na zamek. Co nastąpiło potem? Otóż potem kazałam wyjść koledze R. przez okno (niech żyje parter) i nie wiem jak, ale sprawić, że ja będę mogła wyjść drzwiami. Siedzę sobie spokojnie w środku i tylko słyszę dialog.

- Ale ktoś tam jest?
- Zuzia.
- Zuza?! [tu nastąpił diaboliczny śmiech]

Okazało się - należało się tego spodziewać - że lekcję w owej sali miała mieć klasa, do której uczęszcza pewien niecny osobnik, który nie przepuści żadnej okazji, aby się ze mnie, ujmijmy to tak, dobrotliwie ponaigrawać. ^^

A kolega R. ostatecznie sam sobie zaakompaniował.

Cóż więcej? Będzie odkrywczo: WAKACJE! Po ciężkim roku wytężonej pracy (a co!) zasłużony odpoczynek. Wreszcie czytam sobie ulubioną fantastykę, oglądam sobie ulubioną fantastykę, a w wolnych chwilach snuję sobie ulubione fantastyczne myśli, w których sposobem prostym, a skutecznym - olimpiadami - zwalniam się z całej matury. Joł. xD
Komentarze (6)

04.03.2007
Jak zwykle spóźniona.

Jak zwykle pisząca, kiedy ma się uczyć.

Standard. :)

Zacznę od zapowiedzianej oczywizdy, Olimpiady się znaczy. Pisemny etap był prosty, chociaż w sumie tylko dlatego, że jeden z tematów dotyczył prozy (tutaj wyjaśnienia dwa: a)część pisemna polegała na napisaniu wypracowania na jeden z sześciu tematów, do których były podane fragmenty wierszy lub też prozy; b)Zuz z poezją jest raczej na bakier, liryka niewiadomym sposobem zlewa mi się w jedną całość, wyjątki od reguły zdarzają się sporadycznie i dotyczą raczej limeryków, do których zamiłowanie mogłoby nie zachwycić szanownej komisji), ale za to gramatyka była prosta jak budowa cepa (nigdy co prawda nie budowałam cepa, ale skoro tyle osób mówi, że to nic trudnego, to coś w tym musi chyba być, nie?). W takim wypadku przejście do ustnego nie było czynem wybitnie trudnym, chociaż i tak duma mię rozpierała jako tę pawicę, co to u Margoq po kampusie sobie chodzi.

Nad ustnym rozwodzić się nie będę, bo mi nie poszedł :P Malutkie dwa punkty więcej i nie musiałabym pisać matury z polskiego. Cóż, peszek. Na duchu podtrzymywała mnie Łoleńka, takoż uczestniczka, obecna takoż w Opolu, oraz Dżonny, takoż uczestnik, aczkolwiek w Opolu "niebecny", jakby to ujęła Bridget Jones.

A teraz przechodzimy do spraw nieco bardziej aktualnych, mianowicie soboty minionej niestety już (ależ cudna składnia, nie ma co) oraz niedzieli, która co prawda jeszcze trwa, ale za to zmarnowana jest wręcz koncertowo (w tym Zuz jest nie do pobicia. Nikt nie potrafi ładniej zmarnować dnia niż ona). Tzn. nie była marnowana do godziny 13.20, kiedy to z metropolii kędzierzyńskiej odjechała Anku. Około 24 godziny spędzone przez dwie baby, które dawno się nie widziały, wyglądały mniej więcej tak: oglądanie filmów, jedzenie, oglądanie filmów, rozmawianie, jedzenie i oglądanie filmów. Podsumowując, jeden z fajniej spędzonych łik-endów. :)

Jak zwykle notka opisowa. Trzeba by się zabrać i wzorem Kajusa pisać coś bardziej wartościowego, refleksyjnego, coś, co nie jest tylko niezrozumiałym potokiem słów.

Ale o tym pomyśli się jutro.
Komentarze (10)

02.02.2007
Jako jednostka chronicznie niedotrzymująca obietnic - przynajmniej tych, których wyegzekwować się nie da lub też nie ma sensu, lub cokolwiek innego, proszę swoją wersję wstawić, do osobowości własnej pasującą - oczywiście przez ferie nic nie napisałam. (Ehe, i nikt tego nie zauważył. Ludzie mają tę straszną przypadłość, że mówią o rzeczach oczywistych. Po kiego grzyba? Jak wymyślę jakąś odpowiedź, dam znać. O, kolejna obietnica bez pokrycia.)

Chociaż, momento, teraz też mam ferie. Niedokładnie te, co ostatnio, ale zawsze. Wykpiłam się, o.

Ogólnie rzecz biorąc, notka owa powstaje w wyniku molestowania biednej, zaszczutej autorki przez czytelniczki bloga, sztuk trzy - a skoro tak, to ja mogę popuścić wodze wybujałej fantazji i zaprezentować krótką formę literacką w najbardziej zakręconym i nieczytelnym stylu, którego czytelniczki właśnie doświadczają, ale trudno; czytelniczki z niewyjaśnionych dotąd przyczyn są wyrozumiałe i nawet przebijają się przez te moje farmazony - ba! nawet komentują.

To powyżej takie długie to jedno zdanie jest. To tak tylko celem rozwiania potencjalnych wątpliwości.

Ostatnimi czasy żywot mój (życie, gwoli ścisłości, nie brzuch) obfitował w wydarzenia różne - nic w tym nadzwyczajnego. Ot, jedna olimpiada, dwa konkursy językowe, koncerty oraz nadchodzący egzamin. Biorąc pod uwagę, iż mamy godzinę - nerwowe zerknięcie na kompjutrowy zegarek - 00.48, egzamin jest dzisiaj. Cha, cha. : )

Łomatkoboskojedynokochano, ależ mi melanż wyszedł. A Wy się przewiercajcie przez tę radosną twórczość.

Mwahahaha!

Komentarze (6)

Darmowe szablony
Rozrywkowi.pl
OwnLog.com